Warmia i Mazury – Weekendowo

Mazury Cud Natury – nie dość, że piękne to jeszcze pozwalają uniwersalnie wypoczywać.
Można też smacznie zjeść przy okazji wyjazdu. Niektóre smaki aż tak nas oczarowały, że tęskni nam się do nich przez cały rok.
Zapraszam do krótkiej listy miejsc wartych odwiedzenia.

źródło: http://relaksmazury.files.wordpress.com

Żeby przyjąć jakąś kolejność zacznę po prostu od zachodu idąc na wschód.

Lavandula Cafe / Iława
Położona nad samym jeziorem kawiarnia. Urządzona w jasnych kolorach.
Jakbyście byli w okolicy to można wpaść się zrelaxować.

źródło: fanpage Lavandula

House Cafe / Olsztyn
Położona na olsztyńskiej starówce kawiarnia z ciepłym wnętrzem. Wzbogacają je orientalne dodatki. Dużo przestrzeni, wygodne fotele.
W ofercie szeroki wybór ciast. W większość smacznych, pojedynczo zdarzały się takie do zakwalifikowania jako „ok”, reszta serio była bardzo dobra. Całość jemy drewnianymi sztućcami – ciekawe rozwiązanie.
Jak przystało na kawiarnię jest i kawa – konkretnie parzona. Tu pierwszy raz trafiłem na cappuccino, czy latte w wersji XL. Z początku nie byłem przekonany ale okazało się, że nawet w większej pojemności smak i  zawartość kawy w kawie jest solidna. Po prostu większa kawa, nie trzeba się obawiać zatracenia smaku.
Czy wpaść niezobowiązująco, czy popracować na kompie – śmiało można wpadać.

źródło: fanpage House Cafe

Przystań / Olsztyn
Jeśli chodzi o restaurację w Olsztynie jest kilka fajnych, kilka „wporz”, jeśli jednak mielibyście wpaść na jeden obiad to polecę Wam Przystań.
Względów jest kilka. Przede wszystkim położenie. Przystań znajduje się nieco na uboczu, poza starówką/centrum za to nad samym jeziorem. Ostatnio jak byliśmy akurat dopisała pogoda, mimo że był listopad ale zeszła jesień/zima w ogóle obfitowała w anomalie pogodowe, słońce świeciło jak latem choć poprzedniego wieczora jechaliśmy we mgle przy ledwie kilku stopniach na plusie…
Ale ale, popołudnie w Przystani było słoneczne. Można wtedy zająć miejsce przy stolikach na tarasie. Czyste powietrze, słońce, przestrzeń, jezioro. Serio polecam.
Do tego kuchnia. Menu zróżnicowane, Szefem Kuchni jest kobieta – dodaje, bo może to ma dla kogoś znaczenie. Znajdziemy tu i polskie dania, trochę kuchni południowoeuropejskiej ale ze względu na dostęp do świeżych ryb również sushi.
Sama Przystań ma bardzo dużą powierzchnię. Nieraz jedliśmy obiad w części bardziej restauracyjnej, dwupoziomowej, gdy za ścianą odbywała się jakaś większa impreza. Do tego jest jeszcze część klubowa…
Miła, fachowa obsługa – raczej trafiamy na te same twarze więc personel rzadko się zmienia.
Przystań wystartowała parę lat temu z projektem hodowli barramundi – tak, całkiem możliwe, że jeśli jedliście kiedyś barramundi to pochodziła właśnie z olsztyńskiej hodowli.
A koniec końców dodać muszę, że to także jedno z lepszych miejsc do zaopatrzenia się w wino, tak do posiłku jak i „na wynos”. Część restauracji zagospodarowana została jako sklep winiarski z bogatym wyborem win. Wybór subiektywny wedle gustu osób dobierających wina do oferty – i dobrze, pierwsze „sito” zwiększa szanse trafienia na jedynie dobre pozycje. Co do wina to od czasu do czasu organizowane są minidegustacje, kolacje z winem. Set 4-5 dań a do nich dobrane wino. Pozwala to sprawdzić i kuchnię, i trunki.
Stąd jeśli macie jeść gdzieś w Olsztynie to serio polecam. Można spędzić trochę czasu, smacznie zjeść, napić się wina i generalnie… wyluzować.

źródło: http://www.przystanolsztyn.pl/

Hotel Krasicki / Lidzbark Warmiński
Idziemy dalej na wschód tylko taki „mały” skok na północ.
W Krasickim pojawiliśmy się dość późną porą (to do Lidzbarka jechaliśmy we mgle i słocie) zjedliśmy jedynie deser przed snem a później śniadanie następnego dnia ale z uwagi na te dwa punkty (ciasto czekoladowe doprawdy ucieszyło podniebienie a na śniadanie był pełny wybór smakowitości, które powinny znaleźć się w menu śniadania hotelowego + kucharz tworzący omlety, czy jajecznicę na życzenie i wedle potrzeb Gości, całość smaczna i na świeżych składnikach) i przede wszystkim na wygląd samego hotelu możemy niejako już go polecić.
Hotel zgarnął niedawno „Best New Hotel Construction & Design” i powiem Wam, że nie bez powodu.
Robi bardzo dobre wrażenie. Nowoczesność połączona ze starymi murami wydaje się na tyle naturalna jak to możliwe (coś takiego łatwo zepsuć). Do tego basen, sauna wtopione w całość, „na bogato” ale znów w takiej formie, że pasuje do całości. Można było spokojnie skorzystać z wszelkich atrakcji i zregenerować się przed dalszą drogą. Godne polecenia miejsce a na coś „z karty” z pewnością wrócimy będąc w okolicy.

źródło: http://www.polskainfo.pl

Hotelik Atelier / Biskupiec
Miejsce dość specyficzne.
W miarę nowy hotel, urządzony jak urządzony – nie przyszliśmy podziwiać wnętrza a smacznie zjeść, nie do końca w naszym stylu ale…
Za pierwszym razem zjedliśmy bardzo smacznie, kreatywnie, pomysłowo (m.in. rosół, dorsza, tagliatelle z łososiem) – bardzo nas to zaskoczyło i ucieszyło jednocześnie. Serio świetna kuchnia na fajnym poziomie do tego atrakcyjnie dla oka podana.
Za to przy drugim razie… Druga połowa zamówiła to samo co poprzednio – tak ma jak Jej coś posmakuje a dostała coś zupełnie innego. Rosół, którego kręgosłupem było głównie maggi, tagliatelle – smak nie ten, wygląda też nie. Ja wybrałem inne dania. Ok, tragedii nie było ale były to już „po prostu jakieś”, bez zachwytu. Na deser zamówiliśmy chałkę w sosie waniliowym i, nie pamiętam już niestety, drugi, inny deser z karty. Ostatecznie wiele się od siebie nie różniły te dwie pozycje i obie po prostu zatopione w rodzaju waniliowego budyniu.
Podpytałem obsługującą nas kelnerkę i okazało się, że tego dnia nie było szefa kuchni a zastępował go pomocnik. Wniosek zatem jeden: miejsce godne polecenia ALE tylko przed wizytą upewnijcie się, że będzie dla Was gotował Szef Kuchni.

źródło: http://www.hotelikatelier.pl

Hotel Im Park / Jędrychowo
Jeden z debeściaków i odkrycie zeszłego roku! Must eat.
To w ogóle jest miejsce godne polecenia, nie patrząc tylko na listę mazurską.
Znów powodów jest kilka, choć kuchnia przede wszystkim.
Im Park leży nieco poza głównym szlakiem, trzeba odbić z 16tki w Sorkwitach.
Zajmuje całkiem spory kawałek ziemi na jeziorem. Prócz restauracji jest część hotelowa, są też domki do wynajęcia, jest przystań.
Restauracja mieście się w części przypominającej folwark – podobnie jak w przypadku Krasickiego bardzo przyjemnie dla oka odzyskane budynki, połączenie cegła+szkło+metal. Zjeść możemy i w przestronnej sali, i na tarasie.
Do pierwszej wizyty skłoniła nas informacja o kawie z ekspresu. Szukaliśmy możliwość napicia się choć espresso w tych okolicach – ot może i wymysł ale taka była potrzeba ciała.
I fakt! Było w karcie espresso, co ciekawe tylko espresso z kaw. W wersji pojedynczej lub podwójnej, dla nas wporz. Sporo Niemców tu wpada, może stąd taki wybór.
No ale jak już wpadliśmy to na samej kawie nie poprzestaliśmy. na pierwszy ogień poszła zupa cebulowa (z bardzo przyjemnym aromatem kminku), placki ziemniaczane i kopytka w sosie grzybowym. Już te dania pozytywnie nas rozwaliły… Szczególnie kopytka. Idealna konsystencja, miękkie w środku ale delikatnie podsmażone przez co chrupiące z zewnątrz. Do tego konsystentny i po maxie aromatyczny sos grzybowy.
Zaczęliśmy wracać. Potem były kolejne zup, pierogi z szyjkami rakowymi, pstrąg, okoń, chłodnik ogórkowy, naleśniki na deser. Generalnie co danie to niemal (a czasami dosłownie) zachwyt. Prócz wymienionych jeszcze do wyboru dania z dziczyzny (i dziki, i jelenie). Do tego można się napić wyciskanego na miejscu soku z jabłek – niby prosta, oczywista rzecz a cieszy.
W weekend majowy wpadliśmy tu ze znajomymi – było smacznie, wszyscy pozytywnie zaskoczeni.
A przed, czy po obiedzie można sobie zrobić spacer po terenie Im Parku, usiąść nad wodą, zrelaxować się, nacieszyć zielenią – serio miło.

źródło: http://www.hotelimpark.com.pl

*W Sorkwitach jest bar, który również reklamował się hasłem „kawa z ekspresu”. Spróbowaliśmy. Powiem Wam, że nie wiem co to było… wzięliśmy po łyku, odstawiliśmy i wyszliśmy. Nigdy nie próbowałem paliwa rakietowego ale zakładam, że może tak smakować… Nie wiem też po co walić takie slogany a potem serwować jakąś dziwną ciecz no ale pewnie jakiś zamysł w tym jest – generalnie polecamy ale omijać.

Igloo / Mrągowo
Kilka „słodkich” miejsc w Mrągowie stestowaliśmy ale po wielu próbach najbardziej godne polecenia wydaje się Igloo. Znajdziecie tu lody (na wynos i na miejscu, na kulki i z automatu), spory wybór ciast (naprawdę dobrych, jest klasyka jak serniki, czy szarlotki ale też brownie czy specjalność miejsca: chałwowiec – stestujcie, lekkie ciasto, przyjemnie się chrupie) ale co najważniejsze kawa! Porządnie parzona kawa, wszystkie opcje kawowe do wyboru. Personel bardzo uprzejmy i czujny. To miłe, Pani przyjmująca zamówienie spytała mnie dla pewności, czy na pewno chcę doppio bo będzie to mocna i konkretna kawa.
No i to rozumiem. Nie dość, że faktycznie dostaliśmy konkretne i porządne doppio to jeszcze dbałość o zadowolenie Klienta, co by ktoś z rozpędu nie zamówił pierwszej lepszej kawy z listy a potem zdziwiony ubolewał nad filiżanką czarnego płynu a w myślach miał bardziej popularną odmianę kawy z mlekiem.
Niedaleko jest park, fontanna – można się przespacerować przed lub po.

Mrongovia / Mrągowo
Z uwagi na Im Park i Spiżarnię nie testowaliśmy zbyt wielu miejsc w Mrągowie, w których można by zjeść wytrawne dania.
Te, które widzieliśmy mijając je spacerem, czy nawet weszliśmy (ale niezauważeni przez obsługę posiedzieliśmy, pogadaliśmy i wyszliśmy) nie wzbudziły naszego entuzjazmu.
Chcieliśmy dać szansę pod tym względem Mrongovii ale nie starczyło czasu. Wpadliśmy jednak choć na poranną kawę i coś słodkiego. Sporo osób cieszy widok z tarasu hotelowego. Faktycznie, jest ok. My byliśmy z rana, być może wieczorem robi jeszcze większe wrażenie.
Do kawy serwują tu zestaw wyrabianych przez hotel pralin. Ciekawa kompozycja smaków i miłe zaskoczenie. Dodatkowo skusiłem się na karmelizowane ciasto drożdżowe, serwowane z sosami owocowymi. Powiem Wam, że konkretna porcja. Bardzo dobra w smaku. Całość fajnie się skomponowała, do espresso jak znalazł. Ale to tyle z naszych przygód z Mrongovią, pozostawiamy ją na liście do dalszych odwiedzin.

źródło: http://www.mrongovia.hotel.pl

Spiżarnia / Mikołajki
W Mikołajkach sporo jest knajpek, restauracji, choćby i hotel Gołębiewski (z którego bardziej wolimy aquapark niż restaurację). Przy każdej wizycie w tym mieście trudno nam się powstrzymać przed wizytą w Spiżarni. Karta jest długa,  nawet bardzo, co mogłoby budzić obawy o świeżość produktów.
Jednak wszystko co zamówiliśmy przez wiele dotychczasowych wizyt było smaczne i świeże. Zdarzało nam się zapraszać znajomych, przez co wachlarz testowanych dań się poszerzał – wszystko znów godne polecenia.
To co polecę na początek to sajgonki z kapustą – weźcie na start a potem wybierajcie wedle smaku.
Od zup, przez sałatki, dania z rybami po desery za każdym razem byliśmy ukontentowani.
Do tego przyjemny wystrój, dużo drewna, spora część ogródkowa.

źródło: http://spizarnia.mazury.pl

Caffe Venezia / Mikołajki
Skuliśmy się raz i ciężko było się powstrzymać przed kolejnymi wizytami.
Lodziarnia-deserowani. Z kartą kompozycji deserowych tak bogatą jak menu w niejednej knajpie.
Dużym plusem były smaczne lody ale chyba jeszcze większym wyrabiana na miejscu bita śmietana. Różnicę doprawdy dało się odczuć i w smaku, i po spożyciu (żadnych efektów ubocznych, co w przypadku sprejowych, gotowych bitych śmietan jednak może występować). Są szaleństwa jak deser z twixem, czy after eightem ale też bardziej klasyczne z owocami.
Generalnie w ciemno moglibyśmy polecać tyle, że przy majowej wizycie coś dziwna w smaku była „bitka śmietka”. Być może był to dopiero rozruch i dlatego tak? No cóż, względnie zachowawczo polecamy.
Jakbyśmy stestowali i okaże się, że można śmiało wpadać -> damy znać. Jakbyście wpadli przed nami też informujcie. W zeszłym roku było serio smacznie.

Reszel
Na koniec generalna rekomendacja, jakbyście wpadli w te okolice.
Tu nie ma czegoś szczególnie atrakcyjnego gastronomicznie. Główną atrakcją miasteczka jest zamek.
Siedząc na kawie w zamkowej tawernie chcąc nie chcąc słyszeliśmy rozmowę dzieci z tatą:
– to już?
– no tak…
– ale pisali, że 40 minut a mi zwiedziliśmy w 10!
– dobra, chodźcie, zwiedzimy jeszcze miasto. Może to razem z miastem miało być 40…

Nie da się ukryć, zamek można zwiedzić raz-dwa. Na szczęście dla nas Reszel nie był celem podróży a tylko punktem na trasie, nie mieliśmy też żadnych oczekiwań nie było więc też rozczarowań.
To co spodobało nam się w Reszelu to to, że jest w miarę zadbany, ogarnięty a przede wszystkim „slow”.
Jasne, ktoś powie, że każde małe miasteczko jest takie ale tu jakoś dało się to wyjątkowo pozytywnie odczuć. Połaziliśmy niespiesznie uliczkami, od góry do dołu, od prawej do lewej – niby nic się nie działo spektakularnego ale pozwiedzaliśmy i było ok. Najfajniejsza wydała się jedna, mała uliczka zamknięta dla ruchu samochodowego, gdzie znajdują się dwie cukiernie (wypieki mieli wporz, szczegółów nie pamiętam – pamiętam tylko tyle, że było smacznie). Dość urokliwe. Ale dlatego wspominam o Reszelu pod koniec i jedynie z zastrzeżeniem subiektywnego cieszenia się tym miejscem bo nas jakoś ujęło a czy wszystkim się spodoba głowy nie daje.

Jest jeszcze Giżycko z nową ekomariną ale tam też tylko na kawę wpadliśmy póki co. Fajne miejsce, ciekawie urządzone, wystrój nam się spodobał.
Do tego jak przejdziecie się wzdłuż brzegu do starszej części mariny można przeżyć coś w rodzaju podróży w czasie. Nowoczesna ekomarina a parę korków dalej wesołe miasteczko, festyn, budy z zapieksami i balony z helem. Polecam, ciekawe doświadczenie.
Do stestowania w Giżycku pozostaje hotel St. Bruno – ruszył niedawno, kolejny połączony z zamkowymi zabudowaniami ale to przy kolejnych wizytach.

To tak subiektywnie, z miejsc, które cieszyły nas z każdą kolejną wizytą, godnych według nas odwiedzenia.
Miejsca raz odwiedzone wymagają powtórzenia – wtedy uzupełnimy listę.