NABO – Po sąsiedzku

Za nami pierwszy dzień, przypalona patelnia, skradziony rower szefa kuchni (naszczęście kamery nagrały sprawców), choroba, która uszczupliła nasz zespół i… wspaniali goście, którzy wszystko zrekompensowali!!!! BYŁO CUDOWNIE!!! Dziękujemy wszystkim, którzy nas dziś odwiedzili i zapraszamy ponownie. Teraz spać! Jutro nowy dzień 🙂” – takie info można było znaleźć na fapage’u NABO pod koniec pierwszego dnia.
Szczerze?
Nijak nie dali tego odczuć Gościom.
Było przemiło i smacznie.

Nabo śledzimy od początków-początków w necie. Zdarzyło się, że zabrali głos w komentarzach na naszym facebook’owym koncie, dając się poznać szerszej publiczności.
W środę nastąpiło wreszcie długo oczekiwane, oficjalne otwarcie.

Śledziliśmy postępy bo miejsce wydaje się ciekawe, raz przez położenie (w sercu zielonej Sadyby), gdzie nie ma zbyt wielu wyróżniających się gastronomicznie miejsc, a dwa, że inspirowane Skandynawią, co też jest dość wyjątkowe na mapie kulinarnej naszego miasta.

Ale po kolei.
Jedzenie: Początkowo myśleliśmy, że dostępne są jedynie kanapki smørrebrød, w różnych wariantach, rozpisane na ścianie, a tu okazało się, że jest pełne, ręcznie pisane, interesujące menu prócz tego.
Są propozycje śniadaniowe, lunchowe, obiadowe no i desery. Kuchnia nowoczesna, wpływy skandynawskie odnotowane.

Wybraliśmy zupy.
Rybna (z omułkami, świeża, z zaznaczoną warzywną nutą, spora słodycz, taka „letnia”) oraz chłodnik (ogórkowy, dobrze doprawiony, animuszu dodawała paprykowa oliwa).

Dalej coś konkretniejszego.
NABO Burger (w mocno sezamowej bułce, co zresztą widać. Prócz sałaty, czy cebuli znajdziecie w nim ser, czy boczek ale to co uderzało przede wszystkim to zgrillowana nuta samego burgera… nice! Dodajcie także robione na miejscu, grubo ciosane fryty. No dobra… very nice).

Skusiliśmy się też na Łososia z cykorią oraz rodzajem kalafiorowego puree (bardzo smaczne zestawienie. Cykoria wydawała się korzenna w smaku, dalej soczysty łosoś, podany w ciekawej formie kalafior oraz sos. Każdy z tych elementów był smaczny sam w sobie ale też bez problemu łączył się z innymi.) Frajda i przyjemność z dania.

Przed deserami zrobiliśmy sobie spacer ale „o tem potem”.
Póki co na słodko zamówiliśmy placuszki z jabłkiem (serwowane z gałką lodów oraz konfiturą. Same w sobie były pyszne, dodatki zgodnie z założeniem dodawały kolorytu), różniące się nieco od naszych placuszków, kształtem i smakiem. Oryginalna nazwa to æbleskiver. Akurat niedawno zastanawialiśmy się gdzie można by zjeść placuszki z jabłkiem i proszę?! Do tego jeszcze brownie (w niedające się nudzić zmysłom wersji bo z musem owocowym oraz kremem). Każde z nas ucieszone swoim wyborem.

Ceny z naszego zamówienia:  od 10 do 36 zł.

W karcie było jeszcze kilka dań, które wpadły nam w oko ale nie wiem na ile będziemy w stanie odmówić sobie powtórki, z tych które już poznaliśmy.
Jeśli mielibyśmy jakąś prośbę do NABO to jedynie o poszerzenie oferty napojów, może o domową lemoniadę, czy wyciskane soki? Puszczamy oko i może się uda;)

Wystrój: Jest taki, jaki powinien być -> inspirowany Skandynawią.
Dużo przestrzeni, wypełnionej prostymi meblami, barwy stonowane.
Najlepiej przekonać się samemu – na nas zrobiło dobre wrażenie. Oczami wyobraźni widziałem już udane wieczory ze znajomymi, przy kieliszku wina i dobrym jedzeniu.

Ważną częścią wnętrza jest specjalna sala dla dzieci.
Wspomnieć musimy też o pozwalającym megasięzrelaxować ogródku. Serio wyluzowaliśmy odwiedzając Nabo po pracy. Leżaki, stoliki – wszystko do Waszej dyspozycji.

Obsługa: Tak, obsługa też nas ujęła. Dwie bardzo miłe Panie starały się by wszystko dotarło na czas, żartując przy tym, odpowiadając na wszelkie pytania – generalnie tworząc pozytywny i luźny klimat.
Mieliśmy też okazję poznać właściciela, który wyjawił, że początkowo Nabo miało być kawiarnią (tak też odbieraliśmy to miejsce, stąd zaskoczyło nas szersze menu) ale jednak pomysł ewoluował -> i bardzo dobrze!

Jakość/cena: Oj warto! Nie przepadamy za „jedynkami” (recenzja po 1ej wizycie, do tego 1ego dnia funkcjonowania), bardziej wolimy „trójki” (tak ze 3y wizyty, najlepiej do 3ech miesięcy po otwarciu). To pozwala sprawdzić czy kuchnia trzyma poziom i w pełnie zarekomendować dane miejsce.
Jeśli już polecamy po pierwszym razie (jak na przykład zdarzyło nam się z Objektem) to testując kilka różnych dań, oczarowani, czując się dobrze w danym miejscu – wtedy, kiedy czujemy, że chce nam się tam wrócić i bezpiecznie możemy zarekomendować miejsce Wam.
Dobre jedzenie, łatwo się odpoczywa, pomaga w tym przemiły personel – czego chcieć więcej?

Szerszą galerię oraz zdjęcia z kolejnych wizyty znajdziecie tu.

My wracamy już w ten weekend,
może do zobaczyska na miejscu?

NABO – PO SĄSIEDZKU

Zakręt 8, Warszawa
(róg Jodłowej/Sadyba)

22 842 02 56
nabo@nabocafe.pl

NABO KNAJPĄ ROKU 2012!

*A tak zupełnie z innej beczki to rzadko zdarza się nam odwiedzać jakieś miejsce, nie łącząc testowania kuchni ze zwiedzaniem, czy cieszeniem się okolicą. Sadyba też ma swój urok. Zabudowa i zieleń (sporo starych drzew) przywodzi na myśl Żoliborz, czy Saską Kępę. Śmiało można się leniwie przejść cichymi uliczkami (choćby szlakiem latarni gazowych, na którym jest i Nabo), odpocząć w parku, czy śmignąć nad Jeziorko Czerniakowskie. My zrobiliśmy sobie taki mały antrakt między głównymi daniami a deserem.

Polecamy pod rozwagę i Wam.

2 thoughts on “NABO – Po sąsiedzku

  1. skandynawia to dobro, a nabo prezentuje się całkiem przyjemnie. dla nowo zamieszkałej mokotowianki to fajna wiadomość, że w pobliżu sadyby takie ładne rzeczy.

  2. Byłam, potwierdzam co wyżej. Po prostu super. Takiego miejsca tu bardzo brakowało. Może spodziewałabym się nieco niższych cen, bo obawiam się, że częste odwiedziny lekko nadszarpną kryzysowy budżet. Lemoniada domowa jest. Próbowałam. Przyzwoita. Lekko saute i bez fajerwerków, ale ma swój osobliwy smaczek – tak jak całe to miejsce.

Dodaj komentarz